jankomisjonarz

Wszystkie prawa autora są zastrzeżone ©

Autobus, zielony, po ulicach naszych mknie...

06.11.2013 :: 19:36

To już trochę ze współczesności. Zastępowałem w sąsiedniej parafii mojego współbrata, który zachorował na raka. Parafia została bez proboszcza, więc dojeżdżałem tam prawie rok. Jest to mała parafia w miejscowości San Carlos, liczy tylko 8 kaplic, a jak na warunki Ekwadoru, to trzeba przyznać, że bardzo niewiele.
Zbliżał się koniec roku szkolnego, a co za tym idzie, także koniec roku katechetycznego. Zwyczajem jest, że organizuje się wtedy z katechetami jakiś wyjazd. Pracują oni za darmo, więc jedynym wynagrodzeniem jest właśnie wycieczka, częściowo pokrywana z funduszy jakie zorganizuje proboszcz, a częściowo z ich pieniędzy. Wielu z nich nie jedzie właśnie z powodu kosztów. 
Tak więc zaplanowaliśmy dwudniowy wyjazd do Baños, Riobamba i Sanktuarium Virgen del Huayco. Autobus był załatwiany przez samych katechetów, którzy oczywiście znają możliwości najtańszego transportu. Nadszedł dzień naszego wyjazdu. Udało nam się zapełnić prawie cały autobus, więc koszty rozłożyły się całkiem sprawiedliwie. Był to całkiem niezły autobus, dość wygodny jak na ekwadorskie warunki. Mogłem sobie trochę przynajmniej odpocząć, bo większość spraw była na głowie samych katechetów.
Wyjazd o 4 rano, więc i możliwość krótkiego snu. Pierwszym naszym celem było Sanktuarium Virgen del Huayco, które jest położone niedaleko miasta Guaranda w prowincji Bolivar. Dotarliśmy tam o 7.30 rano, więc udało się nam spędzić trochę czasu w tym pięknym i spokojnym miejscu. Po porannym śniadaniu przyszedł czas wyruszyć dalej, do Riobamby. Oczywiście, po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, gdzie każdy mógł się trochę odświeżyć i skorzystać  z ubikacji. Po półgodzinnym postoju wyruszyliśmy spokojnie do wymarzonego celu. Droga prowadziła ciągle pod górę, minęliśmy miasto Guaranda dojeżdżając do rozdroża, gdzie trzeba było skręcić w prawo, obierając kierunek na Riobamba. Szlak ten wiedzie bardzo blisko wulkanu Chimborazo, największej góry Ekwadoru. Sama droga ma w pewnym miejscu wysokość 4.100 metrów. Widok samego ośnieżonego wulkanu wprawia w zachwyt, nigdy się tego nie zapomina. No i właśnie, dojeżdżamy do wspomnianej wysokości i... autobus dalej nie jedzie. Pamiętam, że wtedy słodko spałem. Kiedy już tak staliśmy jakiś czas, ośmielono się mnie zbudzić, informując, że autobus się zepsuł. No cóż, takie rzeczy się  zdarzają. Wysiadłem więc, aby rozprostować trochę nogi, do tego trudno się oddychało na takiej wysokości, ale na pocieszenie wszędzie wokół nas pasły się lamy. Widok ośnieżonego wulkanu i pasące się zwierzęta trochę nas uspokajały. Jednak po pewnym czasie podchodzi do mnie kierowca, informując, że zabrakło nam paliwa. Patrząc na niego, myślałem że stroi sobie żarty. Przecież jakieś dwie godziny temu staliśmy ponad pół godziny na stacji benzynowej, w ciągu dwóch godzin jazdy autobus nie mógł wyczerpać całkowicie paliwa. Niestety, była to prawda. Kierowcy, chyba bardziej podekscytowani podróżą, nie zatankowali paliwa. Więc co teraz?? Silnik się zapowietrzył, trzeba było trochę się wysilić, aby mógł zapalić. Jeden z nich wziął kanister i stopem dojechał do najbliższej stacji benzynowej, aby dowieźć paliwo. Drugi kierowca wraz z jednym z naszych katechetów odpowietrzał silnik. Trwało to do pierwszej próby uruchomienia silnika, kiedy to pojawił się kierowca z pełnym kanistrem paliwa. Oczywiście, poproszono mnie, abym pobłogosławił próbę zapalenia silnika. Pobłogosławiłem, i po jakimś czasie silnik zapalił. Następnie poproszono nas, aby wsiąść i szybko odjechać. Niestety, po tym jak wszyscy byli już na miejscach, silnik zgasł. Dokonano drugiej próby włączenia silnika, po uprzednim pompowaniu paliwa, aby móc odpowietrzyć silnik. Znowu, drugie błogosławieństwo. Efekt?? Ten sam. Po znalezieniu się w autobusie i próbie odjazdu, silnik zgasł ponownie. To, co nam pozostało, to odmówienie modlitwy, praca przy odpowietrzaniu silnika i wiara, że w końcu silnik zaskoczy i będziemy mogli z tego mroźnego miejsca odjechać.  Trzecie błogosławieństwo - no i silnik zaskoczył! Trzeba przyznać, że tym razem chyba błogosławieństwo było dobrze odprawione, bo wystartowaliśmy, choć zmęczeni, wkurzeni i zawiedzeni postawą naszych kierowców formuły 1. Od tej chwili dwudniowa wyprawa nie była już tym wymarzonym przez nas wyjazdem. Cały postój trwał prawie 5 godzin, co na nasze warunki jest bardzo dużo. Plan trzeba było zmienić, biegać trochę więcej no i pozbyć się całego tego niesmaku związanego z brakiem przezorności niektórych ludzi. Po dwóch dniach, nad ranem, dotarliśmy w końcu z powrotem do domu. Nie tak jak przewidywaliśmy. Jedynym zadośćuczynieniem ze strony kierowców po problemach przez nich spowodowanych, było to, że zapłaciliśmy trochę mniej niż przewidywała umowa.  Zawsze myślałem, że najważniejsze jest paliwo, aby pojazd mógł normalnie jechać, ale okazuje się, że chyba ważniejszy jest olej w głowie. Bez tego raczej lepiej nie ruszać w podróż.


Komentuj (1)




Kozy i...

28.09.2013 :: 23:52

Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do największego miasta Ekwadoru czyli do Guayaquil – podobno miasta bardzo rozwiniętego jak twierdzili sami Ekwadorczycy - uderzyło mnie bardzo wiele rzeczy, takich jak bałagan, smród, nieporządek, śmieci w samym centrum miasta, itd. Kiedy się przechodziło obok budynku poczty, to nie tylko „pachniało” moczem (ludzie sikali na ściany), ale także trzeba było przepychać się przez tłum. To też  stanowiło dość ryzykowną czynność ze względu  na możliwość kradzieży. Nie wspominam już o samym brudzie. Nie było koszy na śmieci, więc wszystko, dosłownie wszystko, było wyrzucane na ziemię, a dodatkowo trzeba było bardzo uważać aby się na czymś nie „przejechać”. Wtedy całe miasto wyglądało mniej więcej właśnie tak, dlatego tamtędy chodziłem bardzo rzadko.
Niedaleko, bo jakieś dwie ulice od poczty, znajduje się tzw. Malecón 2000, dzisiaj przepiękne miejsce odnowione właśnie około 2000 roku. Ale wtedy, po zachodzie słońca, samo to miejsce budziło strach, nie było wskazane, aby zapuszczać się tam po 19.00, chyba że na własne ryzyko. Co chwilę odnajdywano jakieś zwłoki, czy też półprzytomnych ludzi okradzionych ze wszystkiego. Oczywiście, teraz miejsce to w niczym nie przypomina tego sprzed lat. Same budynki były bardzo zaniedbane, właśnie w ich cieniu nieraz czekało jakieś niebezpieczeństwo.
Na końcu tzw. Malecón znajduje się jedna z najstarszych części miasta - Las Peñas – ówcześnie było to siedlisko wszelkiej przestępczości. Dzisiaj to miejsce w niczym nie przypomina tamtych czasów.  Zawsze jak przechodziłem przez centrum miasta napotykałem człowieka, który chodząc środkiem ulicy z czterema kozami, sprzedawał świeże kozie mleko.  Widać było, że policjanci nie robili mu żadnych problemów, pewnie sami kupowali u niego ten świeży specjał. Wtedy kubek takiego mleka, prosto od kozy, czyli bez jakichkolwiek dodatków, no, i co najważniejsze, świeże i z wiadomego źródła, kosztował tylko 500 sucres, czyli jakieś 5 centów z dolara amerykańskiego. Ja skosztowałem tylko raz, dla ciekawości i, trzeba przyznać, że było niezłe. Tego człowieka z chodzącą farmą kóz można było spotkać przez kilka dobrych lat i prawie codziennie we wszystkich zakątkach centrum miasta. Sytuacja zmieniła się dopiero, kiedy zaczęto odnawiać centrum. Pewnie wielu ludzi z nostalgią wspomina tego sprzedawcę. W końcu dzisiaj kupując w supermarketach, nie jesteśmy zbyt pewni pochodzenia produktów,  np. skąd takie mleko pochodzi i czy naprawdę to jest jeszcze mleko.  Tego pana spotkałem potem tylko jeszcze jeden raz, już po dobrych kilku latach, kiedy to centrum już praktycznie w całości odnowiono. Ale to spotkanie było już tylko przypadkowe i daleko od centrum, niedaleko miejsca, gdzie pracowałem, czyli w Guasmo. Później słuch o tym panu i jego kozach zaginął. Kiedy pytałem o niego, wielu ludzi go pamiętało, i pamiętało też to świeże mleko z jego kóz. Jednak nikt nie potrafił odpowiedzieć co się stało. Być może został on napadnięty i pozbawiony wszystkiego co posiadał. Samo Guasmo było wtedy bardzo niebezpieczne, zresztą do dzisiaj tak jeszcze jest.
Ale jeśli zapytasz, nawet dzisiaj, ludzi o właściciela kóz, to wielu go jeszcze pamięta i wpomina te piękne czasy. Jak widać, sławnym i niezapomnianym  można zostać nawet sprzedając świeże kozie mleko. Czasami myślałem, aby zająć się właśnie tym dla świętego spokoju. Tylko skąd wziąć te kozy???


Komentuj (3)




Siguilio bancario

13.08.2013 :: 04:39

W Guasmo - dzielnicy miasta Guayaquil - Misjonarze Werbiści prowadzili trzy parafie. Były one położone niedaleko siebie, a więc zawsze istniała możliwość spotkania się w gronie współbraci. Ja, po ponad 13 miesiącach pełnienia służby wikariusza w parafii Hermano Miguel, gdzie proboszczem był Niemiec, niejako z „przymusu” zostałem proboszczem w sąsiedniej parafii Verbo Divino, której proboszczem wcześniej był Hiszpan. Wracał on do swojego kraju i nie chciał, aby ktoś w parafii o tym wiedział. Tak więc poszedłem do tej parafii bez jakiegokolwiek przygotowania, czyli bez wprowadzenia w tajniki pracy w funkcji proboszcza. Musiałem sobie radzić sam, podejmować decyzje, które często nie podobały się wiernym. Oczywiście, parafia nie jest własnością proboszcza, więc wszyscy powinniśmy ją utrzymać. Niestety, były proboszcz, jako że otrzymywał fundusze z Hiszpanii, „rozdawał” pieniądze, ale nie chcę tu wchodzić w szczegóły, ani nikogo osądzać. Chodzi mi o to, że przez lata ludzie byli nauczeni tylko prosić i brać a nie starać się pomagać w utrzymaniu ich własnej parafii. Ja do tego miałem jeszcze jeden minus - nie miałem zaplecza finansowego, kogoś, kto by mi posyłał pieniądze, abym mógł pomagać. Wychodziłem z założenia, że ludzie sami powinni znaleźć środki na bieżące wydatki parafii. Bieda, bo bieda, ale nie są to aż tak wielkie nakłady finansowe. Z tacy trudno było utrzymać kościół, dom parafialny i w ogóle parafię. I właśnie to mnie motywowało, abym szukał pomocy finansowej za granicą.
Musiałem założyć sobie konto w banku, aby tam przelewem przychodziła pomoc m.in. z Niemiec. Jednak jeszcze wtedy nie byłem za bardzo obeznany z tajnikami bankowymi. I chociaż słyszałem bardzo wiele negatywnych ocen na temat ekwadorskich banków, to niestety, była to jedyna droga, która mi pozostawała. Tak więc założyłem sobie konto, w jednym z „najlepszych” wtedy banków - Produbanco. Na szczęście wkład potrzebny na założenie konta nie był dla mnie wtedy wielki. Ówcześnie obowiązywała waluta ekwadorska „sucre”. Jeden dolar kosztował mniej więcej 8.000 sucre, więc żyło się całkiem nieźle zarówno miejscowym tak i turystom. Za 100 dolarów naprawdę można było sobie pożyć. Ale ja nie miałem takiej możliwości, bo wtedy nie miałem za wiele pieniędzy. Na dodatek musiałem pożyczyć pieniądze, aby zaspokoić bieżące potrzeby - moje i parafii. Napisałem wtedy do Niemiec prośbę o wsparcie finansowe, które otrzymałem – przelew został potwierdzony, a pieniądze przesłane. Czekałem więc niecierpliwie, aż dojdą, abym mógł w ten sposób oddać dług i normalnie, przynajmniej jakiś czas, znowu pracować i żyć. Pieniądze jednak nie przychodziły. Pytałem, dzwoniłem (wtedy nie było tu internetu), ale konto pozostawało nienaruszone. Już sam nie wiedziałem co robić. Z dnia na dzień sytuacja w kraju zaczynała się pogarszać. Zbyt wielka inflacja była zauważalna także w wymianie waluty. Powoli dochodziło do tego, że rano dolar kosztował 8.000 sucre, a już wieczorem, po paru godzinach, 25.000 sucre. Następnego dnia sytuacja się powtarzała - rano 9.000 sucre, a wieczorem np. 24.000 sucre. Taka sytuacja trwała prawie cały miesiąc. Aż tu nagle, kiedy poszedłem się zapytać czy pieniądze już doszły, zastałem bank zamknięty. I to nie tylko „mój” bank. Wszystkie instytucje finansowe zostały zamknięte przez ówczesny rząd ekwadorski na czele z prezydentem Jamil Mahuad (który zresztą później musiał wyjechać z kraju). Banki zostały otwarte dopiero po kilkunastu dniach, ale jednocześnie dekretem prezydenta i rządu, w tym czasie dokonano zmiany waluty z sucre na dolar amerykański. Oficjalnie przyjęto, że 1 dolar kosztuje 25.000 sucre, czyli przyjmuje wartość najwyższą z możliwych wartości walutowych. Nieźle, z 8.000 sucre sprzed miesiąca na 25.000 sucre. Okres ten nazwano „siguillo bancario”.
Ale co najważniejsze, wszyscy posiadający oszczędności na swych kontach, nie mieli możliwości wybrania swoich pieniędzy, tylko jakieś drobne kwoty, które pozwoliłyby im przeżyć. Pieniądze po prostu „zamrożono”. Jeszcze do dzisiaj nie wszyscy otrzymali swoje zaoszczędzone pieniądze.
Można przypuszczać, że ludzie otrzymywali swoje pieniądze już w dolarach amerykańskich, no i według oficjalnego przelicznika. Najpierw swoje oszczędności odzyskiwali ludzie mający najmniej na koncie, choć i to stanowiło ogromny problem. Trzeba było włożyć wiele wysiłku w załatwianiu przeróżnych „papierków”, nabiegać się, etc., aby te pieniądze otrzymać. Ja nie otrzymałem nic, a to z prostej przyczyny, o której wspomniałem już wcześniej. Otóż po otwarciu banków, pracowały one normalnie, jak wcześniej. Czyli jeśli przyszły jakieś pieniądze na konto, albo ktoś je zdepozytował, wtedy mógł wybrać tyle, ile już miał na koncie. Pomoc dla mnie doszła kilka dni po otwarciu banków, już w nowej walucie. Byłem więc szczęśliwy, bo w końcu mogłem oddać dług i zacząć żyć, ale już nie „normalnie” jak kiedyś, przed „siguillo bancario”, lecz ubożej, gdyż od tego wydarzenia dosłownie wszystkie ceny poszły w górę. Ale dziękowałem Panu Bogu, że te pieniądze nie doszły przed tym wydarzeniem. Zdawałem sobie sprawę, ile i jakich problemów uniknąłem wtedy. Doszło do mnie, jak ważna w życiu jest cierpliwość i zaufanie Bogu. Na pewno była to dla mnie próba, pewne przygotowanie na wydarzenia, które mnie jeszcze w Ekwadorze czekały. Na nieszczęście wielu ludzi, do dzisiaj obowiązującą walutą w Ekwadorze jest dolar amerykański. Ceny idą w górę, ale niestety, zarobki pozostają daleko w tyle. Ekwador zachował jednak minimalną pozytywną możliwość w kwestiach finansowych. Można tu płacić 10-centówkami, 25-centówkami i 50-centówkami, które są wybijane tu, na miejscu.


Komentuj (0)




"Ile masz anos?","Buena Vieja","disculpa" zamiast "permiso"...

01.07.2013 :: 04:14

Werbiści w Ekwadorze, to w większości misjonarze z zagranicy. W chwili obecnej na ponad 40 werbistów przypada tylko 3 Ekwadorczyków, a wszyscy pozostali są innych 17 narodowości. Tym razem jednak nie będę pisał o samych werbistach.
Werbiści mają specjalny program dla studentów teologi, który w skrócie nazywa się OTP. Klerycy z różnych stron świata przyjeżdżają do danego kraju na dwa lub trzy lata na praktykę, aby poznać kulturę, pracę itd. Później najczęściej wracają do pracy w danym kraju już jako misjonarze. 
Na praktyce był jeden kleryk z Brazylii - Jahir. Uczył się wytrwale języka hiszpańskiego w Quito. Portugalski (język urzędowy Brazylii) jest dosyć podobny do hiszpańskiego, szczególnie w wymowie niektórych słów, mających jednak niejednokrotnie zupełnie inne znaczenie. Kiedyś w środowisku znajomych, kiedy poznawał innych ludzi, zapytał pewnej dziewczyny „cuantos anos tienes?”. Dziewczyna patrzyła na niego osłupiała, a on powtórzył jeszcze raz to samo, myśląc, że  go nie zrozumiała albo niedosłyszała pytania. W końcu po pewnym czasie odpowiedziała mu „uno”, co znaczy "jeden". Ale tym razem to jej odpowiedź wprawiła Jahira w osłupienie. Jak to jeden?? Dorosła dziewczyna i jeden „ano”?? Coś tu było nie tak. No i prawda. On po prostu chciał zapytać "ile masz lat?", co po hiszpańsku powiemy „cuantos años tienes?”. Z kolei „cuantos anos tienes?” przetłumaczymy na język polski „ile masz odbytów?”, bo „ano”  to po  hiszpańsku „odbyt” a nie "rok", jak się mówi w Brazylii. Ale była zabawa! Nasz dzielny Jahir już na szczęście od dawna jest księdzem w Brazylii, i, z tego co słyszałem, całkiem dobrze sobie radzi w kapłańskiej posłudze.
Przytoczę też inne wpadki językowe naszych współbraci, choć nie będę ich wymieniał z imienia i nazwiska. Chodzi tylko o to, aby przytoczyć zabawne sytuacje językowe, które czasami pozwalają nam zapomnieć o stresach i problemach i nieraz przypominamy je sobie w naszym "braterskim" gronie.
Jeden z naszych wietnamskich współbraci był jeszcze w trakcie nauki języka hiszpańskiego, i pewnego razu żegnając się z innym współbratem, który jechał na wakacje, powiedział: „que tengas buena vieja”  zamiast „que tengas buen viaje”, czyli abyś miał dobrą podróż. "Vieja" to po hiszpańsku nic innego jak „stara”, a "viaje" to „podróż”. Kiedy inni to usłyszeli, nie mogli powstrzymać śmiechu. Ale ten zwrot już na stałe zagościł w słownictwie wszystkich, którzy chcą w jakiś sposób dodać otuchy kompanowi, przed długą i nieraz nudną jazdą.
Inna sytuacja też dotyczy jednego z wietnamskich współbraci. Sytuacja miała miejsce podczas pewnego spotkania, gdzie było bardzo wielu ludzi, a przedostanie się z jednej strony pomieszczenia na drugą graniczyło z cudem. Trzeba było się niestety „pchać” na siłę, aby w ogóle się poruszyć. W takim tłoku nasz współbrat przepychając się pomiędzy ludźmi, niechcący dotknął rękoma piersi młodej dziewczyny. Ta na niego spojrzała, jak to się mówi, „z byka”, a on na to „permiso”, co po hiszpańsku znaczy "za pozwoleniem". Jeszcze bardziej z tego „byka” na niego spojrzała, ale on jak gdyby nigdy nic przeciskał się dalej. W takich sytuacjach raczej  używa  się słowa „disculpa” albo „perdon”, co po polsku znaczy po prostu "przepraszam". Nie wiem czy nasz współbrat dalej używa tego samego słowa, aby kogoś przeprosić. No nieważne, w życiu trzeba być beztroskim i szczęśliwym, niczym się nie przejmować, tak jak inni, którzy robili podobnie i z tego powodu siwieją.
Oczywiście, jest jeszcze wiele innych zabawnych sytuacji językowych, które na własne oczy widziałem i na własne uszka słyszałem. Ale morał chyba z tego taki, abyś w życiu się nie przejmował swoimi błędami i porażkami, ale abyś szedł przez życie wesoły i pełen werwy.


Komentuj (0)




Sutanna

05.06.2013 :: 16:28

Tym razem będzie o nibyekumenizmie. Czy to w ogóle jest w Ekwadorze możliwe?? Większość protestantów w tym kraju opiera swoje wyznanie na krytyce katolików. Tutaj praktycznie każdy może założyć swój kościół, jeśli tylko znajdzie paru wyznawców. Ale tym razem chciałbym napisać co osobiście mi się przydarzyło na spotkaniu jednego z większych gałęzi protestantyzmu, jaką stanowi anglikanizm, którego działalność, niestety, może zmylić wielu ludzi. Anglikanie mówią, że są katolikami, co oczywiście nie jest prawdą. Chociaż samo słowo katolik, znaczy uniwersalny, to raczej odnosi się do katolicyzmu, a nie anglikanizmu. Więc mówiąc w ten sposób, łatwo ludzi okłamują i przyciągają do siebie. Niestety, ludzie w Ekwadorze nie przywiązują większej uwagi do szczególików. Ważne, żeby było po „ichniemu”. Przytoczę dwa przykłady - jeden jak jeszcze pracowałem w Guayaquil, a drugi z Ventanas.

Otóż, mieliśmy zakaz (od miejscowego biskupa) odprawiania mszy na cmentarzach i w domach. Chodziło o to, że ludzie są zbyt wygodni, a co bogatsze rodziny płaciły i ksiądz przychodził. Biskup tę sytuację ukrócił. I bardzo dobrze, od odprawiania mszy jest kościół, a do tego wielu księży zapominało o pracy pastoralnej, bardziej ich obchodziły pieniądze. Ale pomimo tego, że biskup zakazał mszy w domach, chodziła wiadomość, że księża, mimo zakazu, odprawiają te msze. Wszystko wyjaśniło się nieco później, nawet chyba trochę niechcący. Otóż jeden „z tych” księży, kiedy odprawiał Mszę w jednym z domów ludzi, którzy za to zapłacili, po kazaniu zaczął zbierać ofiary, a przy niektórych osobach zatrzymywał się i dawał do zrozumienia, że za mało rzucili do koszyka. Po zakończonej Mszy zorganizowano mały poczęstunek, na którym było też trochę alkoholu. „Ten” ksiądz wypił chyba trochę za dużo, widocznie trochę się zasiedział i nieco „wstawiony” powiedział, że musi iść do domu, bo czekają na niego żona i dzieci. Na to ludzie osłupieli, bo przecież ksiądz nie ma żony, a tym bardziej dzieci (co niektórzy mają?). Wtedy wszystko się wyjaśniło. Mówił tylko, że jest księdzem katolickim, a  nie wyznania anglikańskiego. Co za fałszywość, no nie?? Ale nawet po tym wyjaśnieniu, ludzie twierdzili, że księża robią to wszystko dla pieniędzy, itd.


Drugi przykład jest z naszej parafii. Do jednej z wiosek dojeżdżała z Guayaquil jedna pani pastor, oczywiście anglikanka. Zakładała swój „kościół” zachącając katolików do uczestniczenia w anglikańskich nabożeństwach. Chodziła w sutannie, czarnej sutannie. Nawet autobusem z Guayaquil jeździła w „służbowym ubraniu”, aby wszyscy widzieli, kim ona jest. W tym czasie budowaliśmy kaplicę w owej wiosce, więc ludzie byli bardzo zaangażowani. Robili różnego rodzaju spotkania, konkursy itd., aby zdobyć środki na budowę, zresztą do dzisiaj są tam regularnie odprawiane msze. To pewnie bardzo bolało tę panią „pastorkę”, ponieważ podchodziła do ludzi (co wydawało mi się trochę „bezczelne”), zapraszając ich do „swojego” kościoła, mówiąc, że też są katolikami. Kiedy się dowiedziałem, że niektórzy z wiernych poszli tam kilka razy, jasno postawiłem sprawę. Albo przestaną tam chodzić, albo my przestajemy przyjeżdżać na wioskę odprawiać msze. Albo są katolikami, albo anglikanami. Wytłumaczyłem też ludziom różnicę pomiędzy katolikami, a „katolikami” od pani pastor. Oczywiście, długo nie trzeba było czekać na reakcję pani w sutannie. I do mnie doszło to, co ona powiedziała - że ona też jest księdzem, że to jest to samo, jeśli przyjdą na jej spotkania itd., przecież chodzi w sutannie, nie widzą tego?? Są ślepi? Na najbliższej Mszy św. podczas kazania odpowiedziałem tej pani, prosząc, aby ludzie zanieśli jej moją odpowiedź. Mianowicie, ja, będąc mężczyzną, jeśli ubiorę sobie sukienkę, nie będę kobietą, tylko „pedałem”, homoseksualistą, „marica” jak się tutaj na to mówi. Strój nie czyni człowieka, mogę się ubierać jak chcę, a i tak zostanę tym kim jestem. Od tego czasu, pani nie była zbyt widoczna w wiosce. Kościół-kaplica wybudowany i wiara katolicka chyba jest na dobrej drodze. Pamiątam tylko rekację ludzi na moje słowa. Chyba była to najweselsza Msza św. jaką pamiętam. Szkoda tylko, że nie poznałem reakcji pani w „sutannie”, która chyba za wszelką cenę chciała być mężczyzną. Smutne to dla mnie, że wiele kobiet nie potrafi same siebie docenić, zresztą nie tylko kobiet, ale i wielu mężczyzn, i szukają czegoś, aby być „kopią” kogoś.


Komentuj (1)




Liczba 23

01.06.2013 :: 23:34

Byłem już wtedy w Ventanas. Miasteczko bardzo małe, według nieoficjalnych statystyk mieszka tam tylko około 40 tyś. mieszkańców. Wtedy, a mówię o paru latach wstecz, było to miasteczko bardzo niebezpieczne - średnio zabijano dwie lub trzy osoby w tygodniu. Były to porachunki, morderstwa na zlecenia (sicariato, czyli płatni zabójcy) albo też zwykłe napady z bronią w ręku. Wiele potu, a nieraz i krwi kosztowało przejście przez most na drugą stronę miasta (a jest to jedyny most w Ventanas). Trzeba przyznać, że w tym regionie kraju mieszkają tzw. montubios. Ich zwyczajem jest regulowanie swoich rachunków pomiędzy sobą tzw. machetazo, czyli za pomocą maczety. Ówcześnie policja była wielce skorumpowana, co powodowało, że w sposób machetazo załatwiało się wiele spraw. Kiedy policja złapała jakiegoś złodzieja, to można było być pewnym, że następnego dnia bądzie on na wolności. Zwykle kosztowało to jakieś 20 do 50 dol. Do tego prawo ekwadorskie było bezradne w takich wypadkach. Ale od tego czasu, na szczęście, wiele się zmieniło.


 Inną metodą obrony przed złodziejami i bandytami, były tzw. organizacje „Anticuatreros”. Powstały one szczególnie na wioskach, aby bronić się przed kradzieżami bydła. Zazwyczaj jedna osoba pilnowała trzody przez cały dzień i noc, i w razie zagrożenia informowała innych o kradzieżach. Oczywiście, mieli oni pozwolenie na broń, co potem stało się trochę problemem dla państwa. Brak kontroli nad tym, kto posiada broń powodował, że była ona łatwo dostępna, niestety, także dla przestępców. Organizacje „anticuatreros” powstawały później również w miastach. Ludzie organizowali się, aby się bronić swoje mienie przed bandytami i złodziejami. Ja też doświadczałem tego, że  w drodze do kościoła spotykałem wielu bandytów. Mnie nic nie robili, ponieważ wiedzieli, że jestem księdzem. Ale ludzi problem niebezpieczeństwa nie omijał. Każdy, kto przechodził przez mosteczek w dzielnicy  Las Palmeras w drodze do kościoła parafialnego, był narażony na kradzież i napad.

 Pamiętam, że był wtedy maj. Szedłem na Mszę do kościoła i przechodząc przez ten mostek jakoś dziwnie się poczułem. Brakowało mi czegoś. Oczywiście, nie było złodziei stojących zazwyczaj przy mosteczku napadając na ludzi. Ale poszedłem dalej, nie przejmując się i nie myśląc o niczym innym, jak tylko nad kazaniem, jakie miałem przygotowane na Mszę. Dzień przeleciał mi spokojnie. I dopiero pod wiedzór, w przypadkowej rozmowie dowiedziałem się rzeczy, w które trudno mi było uwierzyć. Moją niewiarę w to, co się stało rozwiały następnego dnia wiadomości w telewizji ekwadorskiej. Mianowicie, ludzie będący na skraju wytrzymałości z powodu przemocy w mieście, wzięli sprawiedliwość w swoje ręce.  Członkowie jednej z grup „anticuatreros” nałożywszy kaptury na głowy (takie jak ku klux klan), zdejmując tablice rejestracyjne z samochodu i przemalowując samochód na inny kolor, podjeżdżali do danego delinkwenta i strzelali do niego z broni zabijając na miejscu. Oczywiście, wszystko było uprzednio dobrze zaplanowane. Grupa wiedziała, gdzie i co robi dany bandyta, gdzie wydaje swój łup, gdzie się zabawia itd. Akcja ta była prowadzona przez całą noc w sposób sprawny i niezwykle dopracowany. Grupa podjeżdżała samochodem, strzelała, ładowała na samochód (pickup) i odjeżdżała. Praktycznie w ciągu tej jednej nocy miasto zostało „wyczyszczone” z niebezpiecznych ludzkich elementów. Wszystkie ciała zabitych bandytów tej nocy odnaleziono na miejskim śmietniku poza miastem. Mówiono, że byli śmieciami, więc na śmietnisko z nimi. Tej nocy w mieście Ventanas, odnaleziono 18 zwłok ludzkich. W sąsiednim cantonie odnaleziono na śmietniku tej samej nocy 3 kolejne ciała, a jeszcze w następnym cantonie, 2 ciała. Tym samym jednej nocy liczba 23 stała się znana w okolicy. W kilku najbliższych misiącach w całej okolicy był spokój, nie było widać żadnego złodzieja. Po tej historii na pewno wszyscy się bardzo bali. Miasto przypominało oazę spokoju i bezpieczeństwa. Oczywiście, nie na długo, aż do momentu, kiedy to wszystko co się stało, poszło w niepamięć. A ja musiałem się znowu przystosowywać do nowej rzeczywistości.


Komentuj (0)




Piosenka

01.06.2013 :: 04:49

Nie znałem jeszcze wtedy bardzo dobrze języka hiszpańskiego. Zdarzały się związane z tym różne ciekawe sytuacje, a nawet dochodziło do tego, że złe zrozumienie pewnych tekstów trwało bardzo długo.
W tym wypadku, chyba kilka miesięcy byłem przekonany o tym, że pewna pieśń kościelna była dedykowana mojej osobie. Oczywiście, nie znałem jeszcze wszystkich piosenek, a tym bardziej melodii do nich. Ale powoli się ich uczyłem. Trzeba przyznać, że w kościele w Ekwadorze śpiewa się wiele ładnych piosenek, najczęściej przy akompaniamencie gitary. Pieśni są melodyjne i aż chce się przy nich tańczyć.
Na parafii Verbo Divino w Guasmo  jedna z pieśni była bardzo często śpiewana. Jest to pieśń Maryjna, i jak to w ekwadorskim zwyczaju bywa, to właśnie pieśni mariańskie śpiewa się na zakończenie Mszy Św. Jednak wtedy nie za bardzo zwracałem na to uwagę. Piosenka ta bardzo mi się spodobała, tym bardziej, że jej interpretacja odnosiła się do mojej osoby.  Sam tekst po hiszpańsku brzmi tak: “Tu eres pura porque Dios te hizo asi…” co znaczy „Ty jesteś czysta, ponieważ Bóg cię taką uczynił...” Ale w słownictwie ekwadorskim jest jedno słowo bardzo podobne do innego, kiedy się go źle wymawia, i to właśnie słowo mnie zmyliło.  Słowo „cura” czyt. kura,  znaczy ksiądz.  Niestety, słyszałem co chciałem, albo co mogłem słyszeć „ tu eres cura porque Dios te hizo asi...”. Fajnie to było słyszeć na końcu Mszy Św. Odchodziłem zawsze podbudowany tymi słowami. Cieszyłem się, że ludzie dostrzegają jak wiele Bóg zrobił w moim życiu, że to On mnie wybrał, uczynił właśnie cura (czyt. kura) - nie mylić z polskim słownictwem, bardzo proszę. Byłem dumny z tego, że ludzie widzą, że praktacznie tylko Jemu wszystko zawdzięczam, bez niego nie mógłbym być przecież księdzem. No, ale nie wszystko co piękne przecież trwa wiecznie. Po tych kilku miesiącach, kiedy poznałem lepiej język, i, oczywiście, czytając tekst tej piosenki, zdałem sobie sprawę jaki jestem „naiwny”.  Chociaż samego mnie to bardzo rozbawiło, starałem się na przyszłość bardziej uważać na słowa, na to, co się mówi albo pisze, a tym bardziej na to, co się śpiewa podczas Mszy Św. Zdałem sobię sprawę, że naprawdę byłem nie cura, ale kura, która nie myśli i nie uważa, tylko grzebie w tym swoim życiu, aby być zadowolona z tego, co w życiu znajdzie. Za każdym razem, kiedy słyszę tę pieśń, staram się zrobić krótką refleksję nad tym, co teraz, w chwili obecnej robię, jakie teraz jest moje życie.  Nie bądźmy w życiu „kura” ale „cura” czyli czyści wobec Boga i ludzi.


Komentuj (0)




Sor Dita do telefonu, Sor Rita...

15.04.2013 :: 19:52

Byłem na kursie biblijnym w Quito. Jak wcześniej wspomniałem, uczestniczyli w nim ludzie różnych narodowości, a także różnych stanów: ludzie świeccy, księża, siostry zakonne, różnej budowy ciała i koloru skóry, młodzi i starzy. Z zakonów żeńskich sam nie byłem w stanie rozróżnić co to za zgromadzenia. O niektórych słyszałem, ale o wielu z nich dowiedziałem się po raz pierwszy właśnie na tym spotkaniu. Muszę przyznać, że z jedną z takich zakonnic miałem małe, jakbym to określił, „starcie” na temat liturgii, oczywiście liturgii w języku hiszpańskim. Twierdziła ona mianowicie, że liturgia Mszy św. jest „machista”, bo w tekstach liturgicznych Mszy św. wspomina się tylko „hombres” (czyli mężczyźni). Np. „....y en la tierra paz a los hombres que ama...” - tekst z Glorii, który znaczy „...a na ziemi pokój ludziom, których kocha....”. Na tej podstawie siostra ta miała zakodowane, że teksty Mszy św. wykluczają, i w pewnym sensie, poniżają kobiety. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że słowo „hombre” nie odnosi się tylko do mężczyzn, ale do ludzi w ogóle, do człowieka. Bo na określenie mężczyzny powinno się używać słowa „varon”. Doszedłem do tego stopnia zdenerwowania, że jej powiedziałem, że jest niedouczona i sama siebie nie dowartościowuje. Zapytałem wtedy, jak ona mi wytłumaczy, że w Hiszpanii kobieta do kobiety zwraca się słowem „hombre”? Ale widziałem, że nawet te argumenty do niej nie przemawiały. Były też inne siostry, które takimi sprawami nawet się nie zajmowały i nie widziały w tym żadnego problemu. Bardziej chyba skupiały się na duchowej stronie Mszy św. aniżeli na literkach i słowach zawartych w liturgii.
Dom, w którym był prowadzony kurs jest dosyć duży, i żeby kogoś znaleźć trzeba się wiele nabiegać. Ale na szczęście były zamontowane głośniki, by w razie potrzeby można było wywołać daną osobę. Sam budynek służył kiedyś jako siedziba Konferencji Biskupiej w Ekwadorze, która parę dobrych lat temu została przeniesiona poza Quito. Te głośniki to były bardzo dobra rzecz. Nieraz, podczas samego kursu ktoś był wołany do telefonu. Tutaj, w Ekwadorze, do siostry zakonnej, oprócz imienia, dodaje się słowo SOR, np. Sor Maria, Sor Lidia itd. Mieliśmy na kursie jedną starszą siostrę o imieniu zakonnym Dita. I podczas jednego ze spotkań jakie były w salach, przez głośniki słyszymy wezwanie do telefonu, ktoś szukał siostry Dity. Ale kiedy to wezwanie zabrzmiało przez głośniki, wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dlaczego?? Już tłumaczę. Jeżeli po hiszpańsku połączy się dwa słowa, o których wspomniałem:  „Sor” z „Dita”, wtedy wymawia się je i słyszy jako jedno zdanie: „sordita”, co po polsku znaczy po prostu „głucha”. Czyli ktoś przez głośniki wzywał głuchą do telefonu. W prosty sposób można sobie wyobrazić reakcje wszystkich na sali. Był to przebój do ostatnich dni naszego kursu. Mieliśmy jeszcze na naszym kursie siostrę o imieniu Rita. Ale na szczęście ta nie była wywoływana do telefonu. Byłoby to chyba dla niej samej, można powiedzieć, poniżające. Bo łącząc znowu te dwa wyrazy: „Sor” i „Rita”, wychodzi „sorrita”, co słysząc można odczytać jako  „ciepła”, „lesbijka”.
Komentuj (1)




Ruben Dario Insua...

14.04.2013 :: 23:16

Byłem wtedy w Quito na kursie biblijnym, organizowanym przez nasze werbistowskie Centrum Biblijne. Zostałem posłany przez naszego prowincjała, aby w ten sposób poznać tutejsze warunki oraz podpatrzeć metody pracy. Notabene, zazwyczaj jak ktoś nas wysyłał na takowy kurs, to płacił za niego, czyli w tym wypadku powinna to zrobić prowincja SVD w Ekwadorze. Tak się jednak nie stało. Prowincjał nakazał proboszczowi dokonać platności, ale i ten nie chciał, tym bardziej, że miałem już przeznaczenie na inną prafię jako proboszcz. Wynik był taki, że na koniec sam musiałem uregulować sprawy finansowe, płacąc za coś, na co zostałem wydelegowany. Ale nie o tym chcę teraz pisać.
Kto mnie zna, to wie, że mam długie włosy. Zawsze mnie pytają „dlaczego ojciec ma takie włosy? Jaki to ma sens?”  Ja krótko odpowiadam, przeczytajcie sobie w starym testamencie o Samsonie i Dalili, a znajdziecie odpowiedź.
No dobra, będąc na tym kursie, w północnej części miasta Quito, w dzielnicy, która nazywa się Inka, miałem bardzo blisko do handlowej części miasta. Znajdowały się tam centra handlowe, jeszcze nie tak dobrze wyposażone i eleganckie jak teraz, ale zawsze. Można było sobie trochę odpocząć, wypić normalną kawę, czy też zrobić jakieś zakupy. Pamiętam, że na kursie było wtedy bardzo dużo osób, nie tylko Ekwadorczycy, ale też obcokrajowcy mego pokroju,  dużo latynosów, jak na przykład Kolumbijczycy, Kubańczycy, Meksykanie, Dominikańczycy i jeszcze kilka innych narodowości, których za bardzo nie pamiętam. To, co mi utkwiło w pamięci to to, że jedna z Meksykanek mówiła do wszystkich ”mi corazón”, czyli „moje ty serce”. Sama dziewczyna była takim fajnym sercem całej naszej grupy. No tak, ale chyba odbiegam od tematu. Bo co innego w tym czasie mnie bardzo zaskoczyło.
Byłem w Ekwadorze już ponad rok, ale nie za bardzo orientowałem się w sprawach sportowych Ekwadoru. Tutaj piłka nożna jest takim „chlebem powszednim” dla większości ludzi. W tamtym czasie na topie był klub Barcelona z Guayaquil. Nazywa się go „amarillos” albo „canarios”. O ile pamiętam to chyba ten właśnie klub w danym roku zdobył Copa Libertadores w Ameryce Południowej, czyli coś w rodzaju pucharu UEFA w Europie. Nie wiem napewno czy zdobyl tytul, ale nie to jest najwazniejsze tylko to ze byl wtedy na topie . Na kursie mieliśmy wolne popołudnia, jakieś dwie godziny, więc było wystarczająco dużo czasu, aby gdzieś wyskoczyć na małe zakupy albo na kawkę czy coś w tym rodzaju. No i jak tylko była taka możliwość to wychodziłem na mały spacerek. I właśnie tak sobie kiedyś stałem oglądając witryny w centrum handlowym, kiedy ktoś do mnie podszedł z kartką i ołówkiem i powiedział: „por favor, una autografo para mi”, czyli „poproszę o autograf dla mnie”. Stałem i patrzyłem czy to nie jakieś żarty. Teraz to jest powszechne, że robią sobie z ludzi, ukrytą kamerą , jakieś żarty nagrywając to i puszczając w TV. No i tak stałem i patrzyłem, kiedy mnie usilnie proszono o ten autograf. Na szczęście, kiedy nie wiedziałem co powiedzieć i nie reagowałem, zapytano mnie czy jestem Insua?? Moje zdziwienie było jeszcze większe. Co to albo kto to Insua?? Tylko wzruszyłem ramionami kiwając głową, że nie wiem o co chodzi. Po chwili ludzie ci odeszli. Tego samego dnia zdarzyło się to jeszcze raz. Po kilku dniach, będąc znowu w mieście przydarzyła mi się podobna sytuacja jeszcze kilka razy. Zaczęło mnie to intrygować. I przy jakiejś tam okazji opowiedziałem znajomym o tajemniczym dla mnie Insua. Wytłumaczyli mi, że jestem bardzo podobny do tego Insua, że nazywa się Ruben Dario Insua i że jest trenerem Barcelony, czyli canarios albo amarillos, którzy chyba zdobyli Copa Libertadores. Ale nie wazne czy zdobyli czy nie, w kazdym badz razie byli na topie. A sam Insua pochodzi z Argentyny. Aby mnie przekonać, szukali w jakichś czasopismach, aby pokazać mi zdjęcie tego Insua. No, rzeczywiście byłem bardzo podobny do niego, sam nie mogłem się nadziwić. W tamtym czasie byliśmy jak „bliźniacy”, więc się nie dziwiłem ludziom, że mogła zajść taka pomyłka. Od tej chwili miałem już rozwiązanie mojego problemu, wiedziałem jak reagować. W chwili obecnej, ten Insua jest trenerem jakiegoś klubu piłkarskiego w Quito. Będąc też na parafii w Guayaquil, wielu ludzi widząc mnie przechodzącego mówili: „mire, Insua”, czyli „popatrz, Insua”. Już wiedziałem, że byłem, chcąc nie chcąc, osobistością w tym kraju. Ale ponoć byłem podobny nie tylko do Insua, ale też do jednego z piłkarzy tej słynnej ówczas drużyny, do piłkarza o nazwisku Graziani. I jeszcze nie tak dawno, bo jakieś dwa miesiące temu przechodząc obok jednego ze sklepów, usłyszałem znowu, „patrz Insua”. Odwróciłem się i podszedłem, aby wyjaśnić sprawę. Nie jestem Insua, ale jego bratem. No i co?? Uwierzyli??

On czy ja???


Komentuj (2)




Dachowanie

13.04.2013 :: 04:55

Na parafii Verbo Divino w Guasmo, większość budynków takich jak kościół, dom parafialny, pomieszczenia katechetyczne czy biblioteka dla dzieci, były budowane przez Niemca, a więc bardzo solidnie. Wszystkie budowy w większości są z betonu , żelaza i pustaków. Ma to sens, ponieważ cała konstrukcja jest bardzo bezpieczna i odporna na trzęsienia ziemi, jakie często nawiedzają Ekwador, a także wytrzymała  i odporna na „złodziei”. Nie mówiąc już o tym, że każdy budynek ma w oknach kraty. Człowiek, w pierwszym kontakcie z taką rzeczywistością czuje się jak w więzieniu. Jeśli wyjdzie bez kluczy, jakiś pech czy co, trudno się dostać z powrotem do środka. Ma to więc też swoje minusy, bo w razie trzęsienia ziemi czy pożaru, jedynym wyjściem czy drogą ucieczki są drzwi. Dom parafialny jest dwupiętrowy, okna we wszystkich pokojach na parterze są blisko sufitu, a to z tego względu, że często wieczorem, właśnie obok naszego domu, walczyły ze sobą gangi strzelając miedzy sobą. Także w ramach bezpieczeństwa okna są  u góry. Normalniej już było na pierwszym piętrze. Dach domu to taras. Był on bez przykrycia, a na samym środku znajdowało się coś w rodzaju betonowej cysterny, która mogła pomieścić około 5000 litrów wody. Bardzo dużo, ale wtedy nie było wodociągu, więc taka cysterna stanowiła ogromne blogosławieństwo, bo zbierała się tam tzw. deszczówka. Woda wtedy prawem ciężkości przechodziła do wszystkich rur wodociągowych w całym domu. A z drugiej strony, był to wielki problem, sam ciężar, tak duże ilości wody przyczyniały się do tego, że cierpiała na tym cała struktura budynku, a do tego sufit zaczynał przeciekać. Jest to normalne, ponieważ ruchy tektoniczne, które są powszechne w Ekwadorze, przyczyniały się do tego, że powstawały pęknięcia. No ale czasy się zmieniają, nawet tu powoli wchodzą nowe technologie. Chociaż trzeba było wielkiego wysiłku i czasu na szukanie, można było znaleźć to, czego się potrzebowało. Kupiłem wtedy plastykowy zbiornik na wodę na 1000 litrów, aby nim zastąpić ten betonowy na tarasie domu. Nie było to łatwe, cały tydzień zabrało nam wyburzenie betonowego zbiornika, w końcu to niemiecka robota. Przykryłem część tarasu dachem z eternitu i nad tym zrobiliśmy podstawę pod ten plastykowy zbiornik na wodę. Oczywiście, jak wspomniałem wcześniej, technika już była trochę dostępna. Więc skonstruowaliśmy półautomatyczne pompowanie wody z cysterny jaka jest w ziemi, aby włączając  osobiście, pompowanie wody mogło się automatycznie wyłączać, kiedy zbiornik na górze już był pełny. Do tego zakontraktowałem najlepszego w okolicy elektryka, aby zrobił mi to tak, jak mu to pokazałem. No ale ... właśnie to „ale”. On wiedział lepiej, niby ksiądz się na wszystkim zna lepiej, ale widać to nie odnosiło się do mojej osoby. Po prostu zrobił wszystko po swojemu. Efekt był taki, że automatyczne wyłączanie pompowania wody nie działało. Woda rozlewała się po tarasie, no i trzeba było samemu wyłączać. Wlazłem więc sam na dach, aby to naprawić, wszystko było mokre. Chwila nieuwagi wystarczyła, aby źle stawiając nogę (nie na metalową podstawę, ale na mokry eternit), spaść z wysokości 2,50 metra na taras. Było tylko słyszalne uderzenie, jakby ziemia się zatrzęsła. Niestety, straciłem przytomność. Ocknąłem się już na łóżku w moim pokoju. Co najgorsze, nie mogłem się ruszać. Za chwilę pojawił się jakiś pan, powiedziano mi, że to lekarz. Oczywiście, nie było wtedy mowy o natychmiastowym przewiezieniu mnie do szpitala. Wtedy jedynym wyjściem było przywiązanie mnie do dwóch desek tak, abym się nie ruszał. Dopiero po pewnym czasie odwieziono mnie do szpitala na prześwietlenie. Niestety, kręgosłup. Musiałem zostać w moim łóżeczku długi czas. Po miesiącu zabrali mnie do siebie moi znajomi, którzy mieszkali w centralnej dzielnicy Guayaquil, miałem tam klimatyzację i wszystko co mogło mi jakoś pomóc lepiej znosić tę moją „przygodę”. Miałem wiele szczęścia. Gdybym spadł jakieś 20 centymetrów w lewo, gdzie znajdował się próg drzwi, może bym już tego bloga nie pisał. Jednego tylko byłem pewien, że dom był bardzo dobrze zbudowany, wytrzymały. Nic nie pękło, nic się nie zniszczyło. W końcu to niemiecka robota.
Komentuj (0)




Języki/Languages

Czeski(0)
Angielski(0)
Niemiecki(0)

Info

O mnie

Archiwum

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Linki

Rudyszwałd-moja miejscowość
Fundacja San Jose Freinademetz SVD - Fu Shen Fu
Fundacja GAYA
Forum Polonia-Houston