jankomisjonarz

Wszystkie prawa autora są zastrzeżone ©

JA GO ZABIŁEM OJCZE....

30.10.2011 :: 15:55

Będąc na parafii Verbo Divino już jakiś czas, zauważyłem że ludzie mają problemy z punktualnością. Byli przyzwyczajeni do tzw. „hora ecuatoriana” czy godzina ekwadorska. Tłumaczę na czym to polega. Umawiając się na jakąś konkretną godzinę trzeba było brać pod uwagę , że ludzie przyjdą przynjamniej pół godziny później. Starałem się więc zaprowadzić trochę „porządku”, głównie przestrzeganiu godziny spotkań, mszy św. Właśnie przymierzałem się do odprawienie mszy w kościele parafialnym, kiedy to do zakrysti przyszli po mnie ludzie abym poszedł do chorego, z namaszczeniem. Oczywiście moja postawa była jendoznaczna, po mszy spokojnie mogę iść, niech więc poczekają na mnie i pójdziemy do chorego. Ale ludzie ci zaczęli nalegać, że jest to bardzo ważne, że potrzeba iść jak najszybciej, nalegali abym poszedł natychmiast. Na nic się zdały moje tłumaczenia że mam teraz mszę, że jest kilkanaście osób w kościele które czekają na tę mszę i nie mogę ich ignorować. Ludzie w parafii zawsze przychodzili po namaszczenie chorych, w ostatniej chwili. Bardzo często spotykałem się z wytłumaczeniem, abym szybko poszedł dać namaszczenie bo chory nie może umrzeć. Przedemną więc, było wyzwanie zmienić trochę mentalność i przyzwyczajenia ludzi w kwestiach namaszczenia chorych, że nie jest to sakrament na umieranie ale na odnowę cielesną i duchową człowieka wierzącego. W zakrysti, pan zakrystianin przysłuchiwał się naszej rozmowie i po pewnym czasie zaproponował aby jednak pójść do tego chorego, a ludzi w kościele czekających na mszę się poinformuje o sytuacji i poprosi aby poczekali. Tak też zrobiliśmy i ludzie poczekali. Ekwadorczycy są w takich sytuacjach bardzo wyrozumiali. Zaprowadzili mnie do chorego, na szczęście nie było to zbyt daleko od kościoła, jakieś 15 minut pieszo. Kiedy wszedłem do domu, zobaczyłem chorego leżącego na materacu na ziemi, był to młody człowiek w wieku 16 lat. Bardzo wychudzony, bez sił aby mógł nawet rozmawiać. Od razu zacząłem przypuszczać że jest chory na Aids. Moje przypuszczenia potwierdziły się później. Od razu zabrałem się do odprawienia sakramentu namaszczenia chorych. Cały czas kiedy udzielałem tego sakramentu, ojciec tego młodzieńca powtarzał bez końca: „ja go zabiłem”. Jak się okazało był to jedyny syn, z czwórki rodzeństwa jakie posiadało to małżeństwo. Po zakończeniu sakramentu, podszedłem do ojca tego młodzieńca, aby go pocieszyć,aby nie winił siebie samego za chorobę swojego syna. Na te moje słowa usłyszałem odpowiedź:”Nie ojcze, to ja jestem winny. Chciałem aby mój syn poznał co to jest bycie mężczyzną. Zaprowadziłem go do burdelu, zapłaciłem 6 dolarów za „usługę”. I po tym wszystkim, zaprosiłem go jeszcze na piwo. Byłem wtedy dumny. Ale po pewnym czasie moja duma zamieniła się w poczucie winy, kiedy dowiedzieliśmy się na co choruje mój jedyny syn. To ja go zabiłem, ojcze.” Stałem wryty jak kamień w ziemię, nie mogłem się ruszyć a moje pocieszenia nie miały już tutaj sensu. Powiedzałem tylko tyle, że zaniedlługo wrócę aby porozmawiać. I tak zrobiłem za niedługo. Chłopak umarł kilka godzin później, i mnie przypadło odprawić mu pogrzeb. Chociaż rozdzina nie była zbyt „religijna” można tak powiedzieć nie widywało się ich często w kościele, ale od tego momentu, od momentu śmierci jedynego syna, jego ojciec przychodził dość regularnie na niedzielne msze. Aż w końcu, po pewnym czasie stał się aktywnym w życiu parafi. Od tej pory byłem bardziej ostrożny z punktualnością, z tzw. „godziną ekwadorską”. Są przecież w życiu ważniejsze sprawy, ale mimo wszystko nie trzeba zaniedbywać podstawowych spraw.




Komentuj (0)




PIECIU W DOMU...

02.08.2011 :: 05:06

Było to już po moim dwuletnim pobycie w Parafii Verbo Divino w Guasmo. Praca była podzielona pomiędzy mnie i mojego pomocnika. Mieliśmy różnego rodzaju grupy, którym trzeba było pomagać, asesorować, orientować itd. Jedną z moich odpowiedzialności były CEBs (wspólnoty podstawowe), nazywane Comunidades de Base. Wtedy jeszcze były one bardzo popularne, chociaż na czas mojego pobytu w parafi, przypadał ich powolny schyłek. Nie pamiętam ile dokładnie tych Wspólnot mieliśmy, ale mniej więcej co wieczór odwiedzałem albo jedną albo dwie wspólnoty (bardzo często te dwie wspólnoty się spotykały razem w jednym  miejscu). Głównym ich zajęciem podczas takich spotkań było rozważanie Pisma Swiętego. Ktoś z grupy (normalnie była to osoba wyznaczona wcześniej) przygotowywał jakiś urywek Pisma Sw. , czytał go, robił rozważanie itd. Oczywiście zapraszał też innych do brania udziału. Wszystko to kończyło się małym poczęstunkiem, i późno nieraz w nocy wracało się do domów grupami. Szczerze mówiąc, powoli to wszystko zaczynało mnie męczyć. Cały czas tylko i wyłącznie czytanie Pisma Sw., rozważania itd, a odbicie tego wszystkiego w życiu codziennym wydawało się bardzo odległe. Pytałem siebie samego, czy to ma sens tylko tak rozmawiać ? A co z tego się widzi albo przenosi do życia codziennego tych ludzi?? Próbowałem na to znaleźć jakąś odpowiedź, szukając jakiegoś rozwiązania. Przecież same Wspólnoty Podstawowe (CEBs) miały za zadanie aktywny udział w życiu społeczeństwa, poprzez wdrażanie Słowa Bożego w codzienne życie.  Trudno było tym ludziom wpoić te idee, zachęcić do jakiegoś większego zaangażowania w konkretnych rzeczach w swoim środowisku. Szukałem więc przez długi czas jakiegoś rozwiązania, zachęcając innych do konkretnej pracy. Na efekty nie musiałem czekać długo. Jedna z koordynatorek CEBs podeszła kiedyś do mnie i opowiedziała mi o jednej rodzinie, która mieszkała niedaleko nas. Wszyscy członkowie rodziny, która liczyła 5 osób, byli niepełnosprawni. Do tego mieszkali w tragicznych warunkach, jak później sam się przekonałem. To była wyśmienita okazja do tego, aby w końcu „zmusić niejako” wszystkich członków CEBs, do jakietgoś konkretnego zaangażowania. Na najbliższym spotkaniu Wspólnot, doszliśmy do wniosku że trzeba tym ludziom pomóc. Odwiedziliśmy tę rodzinę następnego dnia. Wszyscy, widząc warunki w jakich mieszka ta rodzina ( nie było ubikacji, dach praktycznie nie istniał, jedzenie było od czasu do czasu ofiarowywane przez sąsiadów itd.),od razu się przekonali do tego aby im pomóc.  W zaledwie kilka dni po odwiedzinach tej rodziny, grupa ludzi ze wspólnot poszła z prośbą podpisaną przeze mnie, do telewizji. Nie trzeba było długo czekać, jak się ukazał reportaż na temat tej rodziny. W wieczornych wiadomościach. Od tego momentu, wszystko szło już z góry.Ludzie widząc sytuację tych ludzi, posyłali nam róźnego rodzaju datki, od pieniądzy poczynając a kończąc na ubraniach. Widząc zaangażowanie i ofiarność innych ludzi, nie było już problemu aby w czynie społecznym ze wspólnotami, i przy pomocy wszystkich otrzymanych środków, pomóc wyremontować dom dla całej rodziny, wybudować ubikacje, zrobić dach, wymalować, zrobić posadzkę i jeszcze wiele innych rzeczy. Do tego jeszcze jedna z firm podarowałanam trzy wózki inwalidzkie, dla trzech braci. Dwóm z nich nawet zapewnili pracę, w tym transport do i z pracy. Myśmy wszyscy wspólnie, dzień w dzień,  przy skwarze słońca starli się doprowadzić sytuację mieszkaniową tych ludzi do jak najlepszego stanu. I muszę przyznać, że po wielu trudach się nam to udało. Zycie tych ludzi, diametralnie się zmieniło. Od tej pory, nie trzeba już było wiele wysiłku aby przekonać ludzi ze wspólnot, że samo czytanie Pisma Swiętego bez jakiegoś konkretnego zaangażowania, nie miało za wiele sensu. Powoli na stałe do programu spotkań wspólnot, wpisała się pomoc tym najbardziej potrzebującym. Bo chociaż większość członków Wspólnot była biedna, to zawsze jest ktoś, kto jest bardziej biedny niż ja. Nieprawdaż???




Komentuj (0)




NIE DAJE PIENIEDZY.......

08.01.2011 :: 06:00

Jako że wiele pracowałem i trudno mi się było przyzwyczaić do warunków jakie panowały w Guasmo, i chyba to też wspomnaiłem wcześniej, miałem jeden dzień wolny. Bardzo często szukałem „normalności” gdzieś w mieście. Dlatego porannej mszy w Klasztorze Klarysek, brałem autobus i jechałem „poznawać” miasto. Wtedy jeszcze Guayaquil nie był zbyt czystym miastem. Przechodząc koło poczty było czuć mocz, ludzie sikali po nocach na mury, zresztą robili to gdzie tylko się dało bez większego skrępowania. Ulica biegnąca wzdłóż rzeki Guayas była bezpieczna tylko w dzień, do godziny 18.00 kiedy zachodzi słońce. Po tej godzinie każdy chodził po niej na własną odpowiedzialność. Trzeba było bardzo uważać gdzie, kiedy i o której godzinie się chodzi po mieście. Czasami miałem wrażenie że centrum Guyaquil, przynajmniej wtedy, przypominało jedną, wielką ubicację.  Na szczęście bardzo wiele się zmieniło na dobre, od tego czasu. Ale właśnie któregoś wtorku wybrałem się do centrum. Szukałem jakiejś kawiarenki, o co zresztą było bardzo trudno. W końcu coś znalazłem, na powietrzu, na zewnątrz jakiegoś hotelu. Nie było najgorzej, a cena jeszcze wtedy była bardzo i to bardzo przystępna. Wtedy jeszcze Ekwador posiadał swoją własną walutę „sucre”. Nazwa pochodziła od marszałka Sucre, który wraz z Bolivarem wyzwalał tereny Ekwadoru z kolonizmu hiszpańskiego. Wtedy jeszcze, za 100 dolarów mogłem sobie żyć jak „Lord”, wszytko wtedy dla mnie było bardzo tanie. Oczywiście, nie mogłem sobie żyć jak wyżej wsppomniałem, a to ze względu na brak funduszy. Siedzę więc tak sobie w tej kawiarence, popijając kawę kiedy do mnie podchodzi jeden chłopak i prosi oczywiście o „luka”. Kiedyś wcześniej wspomniałem co to znaczy. Dałem mu wspomnianą „luka”, chłopak mi serdecznie podziękował i odszedł. Ale że prawie kończyłem picie kawy, szybko zapłaciłem i poszedłem za tym chłopcem, ciekawy co on z tą luka zrobi. Miałem mnóstwo czasu, więc się nigdzie nie spieszyłem. W końcu, był to mój wolny dzień. Chłopak przeszedł parę przecznic i podszedł do jakiegoś pana i wręczył mu „moją” luka. To mnie bardzo zaciekawiło. Postanowiłem gdzieś się ulokować i zobaczyć, co ten pan z tą „moją” luka zrobi.  Stałem tak chyba ze dwadzieścia minut, bo ten pan z kimś sobie pogadywał. Kiedy już tak czekając prawie rezygnowałem z mojego postanowienia,  „znajomy” pan w końcu się ruszył. No i ja też ruszyłem. Oczywiście bawiąc się w detektywa. Szedłem tak za nim kilka chwil, kiedy zobaczyłem jak ten pan podchodzi do sklepu i kupuje sobie piwo. Wtedy nie wytrzymałem, podszedłem do niego i zacząłem mu zwymyślać, używając nawet słów, których dzisiaj pewnie bym się wstydził użyć. On patrzył na mnie jak na wariata, nie wiedząc o co dokładnie chodzi. Ludzie, przechodnie to samo, a ja „nawijałem” dalej. Po pewnym czasie ochłonąłem, odwróciłem się i odszedłem. Mając tylko nadzieję że on zrozumiał o co mi chodziło. Wiele słyszałem wtedy o wykorzystywaniu dzieci przez rodziców, czy wujków do „zdobywania” pieniądzy. Bardzo często dzieci te , są bite przez dorosłych, jeśli nie doniosą pewniej sumy pieniędzy do domu. Do dzisiaj jest to wielkim problemem w Ekwadorze. Jest trudno z tym walczyć. Ale ja tego dnia sobie postanowiłem, że odtąd nie będę dawał więcej pieniędzy. Raczej kupię coś dziecku, jeśli mnie poprosi o jedzenie. Byłem bardzo zły, i na siebie i na tego pana. Odtąd tylko kupowałem rzeczy. Bardzo często przydarzało mi się później, że dzieci prosiły mnie o pieniądze. Ja wtedy zacząłem pytać, na co potrzebują?? Jeśli słyszałem że na jedzenie, to szukałem najbliższej restauracji i zamawiałem jedzenie. Wolałem stracić trochę czasu szukając tej restauracji, aniżeli stracić pieniądze i poczucie zadowolenia zrobienia czegoś dobrego. Bardzo lubiłem patrzeć, z zadowoleniem, jak dzieci jadły, czasami tak szybko że musiałem je  powstrzymywać aby się nie udławiły. Starałem się już nigdy nie popełniać błędu dawania pieniędzy, czyli uczenia innych oszukiwania. Musiałe mieć się bardzo na baczności.


Komentuj (0)




QUE MANGO PARA COMER......

26.12.2010 :: 15:21

Jeździłem bardzo dużo autobusem, parafia zresztą nie miała samochodu, więc nie miałem innego wyjścia. Próbowałem kiedyś zdobyć fundusze na jakiś samochód, ale w tym czasie spotkało się to z ostrą krytyką mojego przełożonego. Oczywiście, to wszystko w imię opcji na rzecz ubogich, ale jak to zawsze w życiu bywa, ubogim miałem być ja a nie inni. Być może to mi trochę pomogło na przyszłość zrozumieć potrzeby ludzi. Kiedy przełożony dowiedział się że napisałem podanie o dofinansowanie na kupno auta na potrzeby parafii, zostałem wezwany „na dywanik” i potraktowany gorzej jak małe dziecko. Oczywiście, posłuszny zaniechałem kupna tego samochodu i pozostawiłem całą sprawę Panu Bogu.  W samym mieście nie było praktycznie problemu z komunikacją miejską, autobusy praktycznie „zajeżdżały” do wszystkich zakątków miasta. Jedynym mankamentem tych autobusów było to, że były bardzo małe i siedzieć przez pół godziny drogi nie było zbyt przyjemne. Normalnie były one przerabiane i dodawane siedzenia, co powodowało że pomiędzy siedzeniami nie było zbyt dużo miejsca. Jak wspomniałem, wtedy głównie korzystałem z tego środka transportu, co było dla wielu ludzi, ekwadorczyków, zaskakujące. Gringo w autobusie??? Normalnie wszyscy gringos brali taxi. Wzbudzałem więc wśród pasażerów wiele zainteresowania. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że większe zainteresowanie moją osobą w autobusach było wśród kobiet. Wtedy jeszcze miałem krótkie włosy, byłem krótko przystrzyżony.Jak to zwykle bywa, będąc jeszcze krótko w Ekwadorze, nie poznałem wszystkich zwrotów jakie się tu używa, no i co za tym idzie co one znaczą. Bardzo często, kiedy wchodziłem do autobusu, słyszałem słowa wypowiadane przez kobiety na głos: „que mango para comer” (jakie mango do zjedzenia). Było to zdanie które bardzo często słyszałem w autobusach, zresztą nie tylko tam. A jako że mango, jest owocem bardzo popularnym w Ekwadorze, rośnie tego tu bardzo dużo,więc nigdy nie kojarzyłem tych wypowiedzi z jakimiś innymi sytuacjami, tym bardziej życiowymi. Ale któregoś wieczoru, idąc w parafii ze znajomym do kaplicy aby odprawiać mszę, przechodziliśmy obok jednego domu. Na zewnątrz, w ogródku przed domem, stała grupka pań w średnim wieku, oczywiście nie wszyscy mnie jeszcze znali w tym sektorze. I przechodząc obok nich z moim znajmym, usłyszałem znowu te same słowa:”que mango para comer”. Te słowa usłyszał też mój znajomy. I kiedy oddaliliśmy się trochę od tego miejsca, wtedy on mnie zapytał czy słyszałem te słowa. Potwierdziłem, ale jeszcze mnie zapytał czy wiem co one znaczą. Powiedziałem mu, że wiem co to jest mango, a jako że niezbyt lubię mango, to nie przywiązuję do tematu „mango”zbyt wielkiej uwagi. Wtedy wytłumaczył mi o co chodzi. Zwrot „que mango para comer” w Ekwadorze, to coś podobnego do „jakie ciacho” w Polsce. Do tego stwierdzenie „para comer”, sugerowało konkretną propozycję danej osoby wzdględem drugiej, poprostu konsumpcja (łagodnie pisząc). Zdałem sobie wtedy sprawę z mojej „popularności” w Ekwadorze wśród płci przeciwnej. Bardzo wielu dziewczynom, czy kobietom w Ekwadorze wystarczy że mężczyzna ma niebieskie oczy, jest najlepiej wysoki, jest blondynem, no i jeśli do tego jest „gringo” są zdolne do niekontrolowanego szaleństwa. Na szczęście nie jest tak ze wszystkimi. Wielu gringo, spewnością to wykorzystuje. Ja na szczęście nie jestem wysoki, mam zielone oczy i zbytnim blondynem też nie jestem. Może to mi trochę pomaga.  Od tego momentu, zacząłem trochę uważać i myśleć, jak ustrzec się przed tego typu komentarzami na mój temat.  W późniejszym czasie wpadłem na pomysł pozostawienia długich włosów, aby w ten sposób pomóc sobie w uwolnieniu siebie od zbędnych, kobiecych komentarzy. Ale kwestia mango cały czas pozostawała w mojej głowie. Sam nie wiem dlaczego???


Komentuj (2)




NO SOY GRINGO,INDIO....

25.12.2010 :: 22:22

Będąc proboszczem, jak chyba wspomniałem wcześniej, musiałem szukać jakichś dodatkowych wpływów aby utrzymać siebie i parafię. Daletego zgodziłem się na odprawianie mszy św. w dwóch Gimnazjach dla dziewczyn. Pierwsze, prowadzone było przez siostry Najświętszych Serc ( Sagrados Corazones) a drugie (La Inmaculada) prowadzone przez siostry Opatrzności (la Providencia), które zresztą pracowały w naszej parafi i mieszkały w naszej parafi, w domu przy kaplicy La Encarnacion. Miałem więc trochę „dodatkowych” zajęć. Muszę przyznać że trochę mnie to kosztowało, ale przynajmniej jakoś mogłem sobie pomóc. Do moich obowiązków należało odprawianie mszy św. , spowiedź dziewczyn, pierwsze komunie i „obsługę” świąt szkoły. Nie było więc to takie kłopotliwe, mogłem to powiązać spokojnie z pracą na parafi. Oczywiście, późniejszy wikary, trochę to wykorzystał mówiąc że nigdy mnie nie ma na parafii itd. Ale to zpewnością będzie inne opowiadanie, bo to inna historia. Wracając do tych moich wyjazdów do szkoły, to codziennie z tego powodu musiałem rano dochodzić do głównej ulicy na autobus aby dojechać do szkół. Dochodząc do głównej ulicy byłem prawie za każdym razem pozdrawiany przez jednego młodego człowieka, który siedział oparty o ścianę domu i prosił o pieniądze, mówił mi: „oye gringo, un luca por favor”, co znaczy „ słuchaj gringo, proszę cię daj mi lukę” (luca do 1.000 sucre byłej monedy ekwadoru, obecnie mamy tu dolara amerykańskiego). Tak było przez długi okres czasu, bardzo mnie to irytowało kiedy go słyszałem jak to mówił, a to z wielu powodów. Chyba najbardziej mnie wkurzało że nazywał mnie gringo. Ja przecież nie jestem gringo, jestem z Europy. Przynajmniej dowiedziałem się wtedzy, od czego pochodzi ta nazwa. Kiedyś, kiedy jeszcze USA miały  wielki wpływ na kraje ościenne w Ameryce Srodkowej, i kiedy otwierano Amerykańskie Bazy Wojskowej, ludność która nie była przychylna amerykanom mówiła „green go”, a to ze względu na zielone uniformy wojskowych. Po prostu wielu nie chciało amerykanów w swoim kraju. Dlatego to słowo nie zabardzo mi przypadło do gustu ( może nie miałem zielonego ubrania, ale w pewnych sprawach byłem zielony). Ludzie tu w Ekwadorze odnoszą się praktycznie w ten sposób do wszystkich, którzy mają jaśniejszy kolor skóry. Druga sprawa, że chciał odemnie pieniądze. Zawsze byłem przeciwny temu, aby komuś kto tylko siedzi i nic nie robi, dawać pieniądze.  I właśnie jednego popołudnia wracając do domu, przechodziłem obok tego człowieka, no i oczywiście usłyszałem te same słowa. Chyba wtedy miałem bardzo zły dzień, bo podszedłem do niego i trochę zdenerwowany powiedziałem do niego: „słuchaj indio ( w ekwadorze to słowo jest obraźliwe), po pierwsze nie jestem gringo, po drugie nie dam ci żadnej luca a po trzecie, jestem księdzem (padrecito)”. On oczywiście pozostał bez słowa, ale nie dlatego żeby się mnie przestraszył, ale chyba tylko dlatego że był zaskoczony. Odysedłem szczęśliwy do domu. Po kilku dniach, kiedy znowu szedłem na autobus aby pojechać do szkoły, przechodziłem zresztą bardzo szybko bo się spieszyłem, usłyszałem jak któś mnie pozdrawia na cały głos:”Hola padrecito” czyli cześć ojcze. Odwróciłem się w pośpiechu i zobaczyłem mojego „znajomego” co zawsze prosił luca, jak macha do mnie ręką. Odpowiedziałem mu tym samym i poszedłem dalej. Po jakimś czasie, i to przypadkowo opowiadając całe zdarzenie znajomym, dowiedziałem się kim był ten młody człowiek. Zawsze siedział w tym miejscu aby obserwować i jeśli ktoś mu "przypadł" do gustu, to go napadał. Ale nie był to złodziej z tych „niebezpiecznych”. Zawsze miał przy sobie broń jako pomoc przy napadzie. Sam nie wiedziałem co o tym myśleć, ale jednego byłem pewien że ja mu przypadłem do gustu, chyba tylko z tego powodu że byłem padrecito. Dlatego prawdopodobnie zostawił mnie w spokoju. Widziałem go potem jeszcze bardzo wiele razy, zawsze mnie pozdrawiał zananymi słowami „hola padrecito” a ja mu odpowiadałem machaniem ręki, bo jak zwykle się spieszyłem.


Komentuj (0)




DRUGI NAPAD

18.12.2010 :: 17:58

W nowej parafii w której zacząłem pracować, było bardzo wiele różnego rodzaju grup, które spotykały się przedewszystkim na modlitwie i rozważaniu Pisma Swiętego. Oczywiście moim zadaniem jako proboszcza, było też towarzyszenie tym grupom, czego bardzo często oczekiwano. Normalnie takie grupy spotykały się wieczorami, ponieważ to był najopdowiedniejszy czas, raz że po pracy i drugie, to łagodniejszy kimat. Tutaj, w tropiku, temperatury są bardzo wysokie i trudno jest „wytrzymać”. Dlatego też bardzo popularna jest tutaj tzw. sjesta (poobiednia drzemka), zwłaszcza kiedy upał jest nie do wytrzymania. Chodziłem więc na takowe spotkania, które bardzo często przeciągały się do późnych godzin nocnych. Wracałem  więc bardzo późno do domu. Nieraz odprowadzała mnie grupka ludzi, szczególnie z miejsc gdzie według nich, było trochę niebezpiecznie. Takich grup wtedy, o ile pamiętam, mieliśmy kilknaśie. Najpopularniejsze z nich były CEBs –Comunidades de Base (Wspólnoty Podstawowe). Głównie spotykały się one raz na tydzień aby rozważać cytaty z pisma Swiętego. Właśnie z jednego z takich spotkań, kiedy wracałem do domu, a jeszcze nie było tak późno, zostałem napadnięty przez dwóch młodych ludzi. Nawet tego nie zauważyłem, dopóki nie poczułem w prawym boku ostrza noża. Przechodziłem zaułkiem drogi aby wyjść na szerszą przestrzeń, kiedy to z dwóch stron, za mną wyszło tych dwóch młodych ludzi. Byli oni ciemnoskórzy (może dlatego ich nie widziałem ?). Byli też trochę wyżsi odemnie, niestety byłem sam. Przeszukali mi kieszenie, bo wtedy nic innego nie miałem. Oczywiście jeden z nich, trzymał mi cały czas nóż przy boku. Niewiele mogłem zrobić, nawet jeśli bym chciał uciekać, byłoby to ryzykowne dla mnie.  Na szczęście pamiętałem co mi ludzie kiedyś, po przyjeździe do Guasmo, powiedzieli: „niech ojciec zawsze nosi w kieszeni przy sobie przynajmniej jakieś drobne”. Tak zazwyczaj robiłem. I chyba to mi tym razem pomoglo, bo wzięli te „grosze”, nawet nie patrząc ile tego było (zresztą było ciemno). Przy takich napadach, to powinno się raczej zachować zimną krew i mówić, że nie będzie się nic robiło, niech zabierają co chcą i zostawią w spokoju. Normalnie to działa, na tego typu złodziei. Ale niestety nie zawsze się ma szczęście, czasami okradając wszystko, po prostu zabijają. Nie wiem czy mi wtedy pomogło to, że byłem księdzem, czy oni to wiedzieli (przypuszczam że tak, bo była to po prostu zasadzka na mnie, czekali wiedząc że tam tędy przechodzę). Od tego czasu, zawsze wracając wybierałem inne drogi do „domu”.  Było niebezpiecznie wracać tą samą drogą, czego się nauczyłem późno. Po kilku dniach, rozniosła się wiadomość że niedaleko miejsca gdzie zostałem napadnięty, znaleziono zwłoki. Był to młody człowiek który tak jak ja, został napadnięty. Ciało leżało bez koszulki, butów i bez żadnych dokumentów. On niestety nie miał tyle szczęścia co ja. Po niedługim okresie czasu, kiedy odprawiałem mszę św. w kaplicy (nieopodal tej kaplicy mnie właśnie napadli), zauważyłem w ostatniej ławce młodego, ciemnoskórego człowieka. Przez całą mszę myślałem, pytając siebie skąd go znam.  I już prawie kończąc mszę, przypomniałem sobie jego twarz, właśnie z napadu. Ale było już za późno, kiedy wyszedłem z zakrysti po skończonej mszy, tego młodego człowieka już nie było. Zastanawiałem się co go sprowadziło do kościoła. Czyżby się „nawrócił” i prosił Boga o przebaczenie??? Czy też przyszedł tylko po to, aby szukać kolejnej „ofiary”  swojej codziennej pracy.


Komentuj (0)




MALDICION TO PRZEKLENSTWO

01.12.2010 :: 03:56

Będąc już proboszczem w Parafi „Verbo Divino” (Parafia Słowa Bożego) założenej przez Księży Werbistów, zdałem sobie sprawę że utrzymanie samej parafi, wiele mnie będzie kosztować. I to nie tylko w kwesti finansowej, ale też jeśli chodzi o podejście wiernych do współodpowiedziałności za nią. Muszę przyznać, że bardzo mnie zszokowała pierwsza niedziela. Kościół był pełny, ale to co wchodziło na tacę, jako ofiara na utrzymanie parafii, było niewspółmierne. Nie chodzi tu o same pieniądze, bo nie o tym chcę pisać. Ale raczej o samą odpowiedzialność za utrzymanie parafii. Przezcież z tego tzreba było zapłacić wiele rzeczy. Jak się później zorientowałem, ludzie byli nauczeni brać aniżeli dzeilić się. Nie wiem czym to było spowodowane, ale postawiłem sobie za cel to trochę zmienić. Nie było to proste, czasami myślę że wtedy się trochę przeliczyłem. To co „wchodziło” do kolekty, na nic praktycznie nie starczało. Musiałem więc szukać jakichś dodatkowych funduszy na utrzymanie parafi jak i moje. Zaproponowano mi ranne msze w Klasztorze Siostr Klarysek. Co tydzień o 6 rano w wtorek rozpoczynała się msza. Musiałem wcześniej wstawać aby tam dojechać, wtedy jeszcze było bardzo niebezpiecznie aby samemu o tej godzinie wychodzić z domu, dlatego musiałem zawsze kogoś prosić aby mi towarzyszył aż do głównej ulicy gdzie mogłem złapać autobus. W późniejszym terminie znalazłem dodatkowe zajęcie w szkole siostr Najświętszych Serc Maryi i Jezusa, i dodatkowo w gimnazjum Siostr Opatrzności, „la Inmaculada”. Wszystko to pomogło mi w pewnym sensie, jako tako łatać budżet parafii. Nikt nie chciał mi wierzyć, że parafia nie zaspokaja potrzeb. Później, wtorek stał się mym dniem wolnym po tygodniowym wysiłku na parafii. Pewnego dnia, czekając na autobus ( nie było przystanków, zresztą jeszcze teraz ich brakuje, trzeba zamachać ręką i autobus się zatrzyma), zatrzymywałem na głównej ulicy autobus lini 37. Kiedy kierowca mnie zauważył, zamiast się zatrzymać dodał gazu. Zauważyłem, że danym kierowcą był sąsiad naszej kaplicy „La Encarnacion”, który był Swiadkiem Jehowy. Kiedy przechodziłem koło jego domu, zawsze pozdrawiałem jak mnie uczono, ale nigdy nie otrzymałem odpowiedzi. Wtedy, kiedy bardzo się spieszyłem do miasta, a on mnie zignorował, zdenerwowany krzyknąłem na całe gardło: „żebyś dostał gumy”. Byłem naprawdę zdenerwowany. No ale cóż, poczekałem na następny autobus. Nie miałem innego wyjścia. Wsiadłem i pojechałem już trochę spokojniejszy. Po jakichś 20 minutach jazdy, nasz autobus zwolnił i bardzo powoli przejeżdżał obok drugiego autobusu, tej samej lini 37. Kierowcy nawzajem się pozdrowili, jako że wszyscy oni się dobrze znają. A ja zauważyłem, przyklejony do szyby, że kierowca taego autobusus zmieniał właśnie koło. Ku mojemu zdumieniu, był to sąsiad naszj kaplicy. Kiedy mnie zobaczył „przyklejonego” do szyby i patrzącego na niego, machnął do mnie ręką. Nie wiem czy to było ku przestrodze, albo też powitanie. Cały czas w autobusie myślałem o całej tej sytuacji, sam w to nie mogłem uwierzyć że to co życzyłem kierowcy w nerwach, mogło stać się rzezczywistością. Po kilku dniach, kiedy już praktycznie zapomniałem o całym zdarzeniu, idąc do kaplicy na mszę i oczywiście przechodzac obok domu mojego „przyjaciela” kierowcy, usłyszałem dość silnym głosem „buenas tardes” co znaczy dzień dobry ( w porzez popołudniowej). Byłem zdziwiony, że oto sąsiad, który nigdy nie odpowiadał na moje pozdrowienia, do tego Swiadek Jehowy, sam od siebie mnie pozdrowił. Oczywiście odpowiedziałem na pozdrowienie. Dla mnie był to szok, muszę przyznać. Ale odtąd już, zawsze kiedy przechodziłem, nie brakowało pozdrowienia. Zastanawiałem się czy takie „nawrócenie” było efektem mojej „klątwy”, czy też efektem jakiegoś głębszego przemyślenia ze strony naszego sąsiada. Od tego momentu, już nigdy nie słyszałem aby się mu przydarzyło coś podobnego.


Komentuj (0)




STRZAŁY

22.08.2010 :: 19:30

Po więcej niż roku pobytu jako wikary w Parafii Brata Michała, zostałem mianowany proboszczem w sąsiedniej Parafi Słowa Bożego (Verbo Divino). Było to trochę, jakby za szybko dla mnie. Byłem w Ekwadorze ponad półtora roku i jeszcze nie za dobrze, jak mi się wydawało, znałem język hiszpański. Ale poproszono mnie o to bo nie było wtedy nikogo innego do dyspozycji i ponieważ poprzedni proboszcz który był hiszpanem, musiał wracać na stary kontynent Europejski (pracuje tam jeszcze do dnia dzisiejszego). Było to wielkim wyzwaniem dla mnie, szczerze mówiąc obawiałem się tego. A to z dwóch powodów: nie byłem przygotowany na tak szybkie zostanie proboszczem, a po drugie, miałem wrażenie że jeszcze nie za dobrze znam język. Do pomocy miałem jednak jednego seminarzystę, ekwadorczyka który studiował teologię w Brazyli i wrócił aby zostać wyświęcony w Ekwadorze. Był bardzo pomocyn w pracy. Objąłem tę parafię jako proboszcz, tydzień po opuszceniu jej przez poprzedniego proboszcza.Poproszono mnie o to ale nie wiedziałem dlaczego. Później wytłumaczono mi, że poprzedni proboszcz nie chciał aby ludzie dowiedzieli się że odchodzi. Byłem bardzo zdziwiony takim postępowaniem, bo ważniejsze dla moich przełożonych było "dobro" jednego człowieka aniżeli kontynuacja pracy w parafii. Normalnie to powinno wyglądać tak, że nowa osoba która przychodzi do pracy i to jeszcze na jekieś stanowisko, powinna wcześniej zapoznać się z sposobem i typem pracy, aby móc ?łagodnie? wejść w istniejące struktury pracy. Mnie tego, po prostu nie umożliwiono. Później, tej mojej decyzji bardzo żałowałem. No ale człowiek uczy się przecież całe życie.Musiałem się bardzo "wysilić" aby normalnie pracować. Jednym z większych problemów które wkrótce się pojawiły, to po prostu brak funduszy. Poprzedni proboszcz nauczył ludzi bardziej brać aniżeli dawać, współpracować w kwesti finansowej na utrzymanie parafii. Ja nie byłem na to przygotowany. Przyszedłem do parafii "chiro", co po polsku znaczy "bez pieniędzy". Bardzo szybko ludzie dali mi poznać, ciągle mi przypominając, że poprzedni proboszcz, to był dobry, bo dawał, pomagał itd. Nieraz nie miałem funduszy na jedzenie, bo najpierw trzeba było zapłacić prąd, wodę i wszystkie inne kwestie związane z adminsitarcją. Musiałem bardzo często szukać ludzi którzy by mi pomogli, pożyczali itd. Innym problemem które wkrótce się pojawiły były bandy młodych ludzi, którzy nie szanowali nawet miejsca parafii, kościoła czy placu obok. Bardzo cząsto wpadali na plac kościelny, albo i do samego kościoła z bronią aby okraść ludzi. Nie wyobrażałem sobie wtedy, że jest to tak wielkim problemem. Pewnego razu, kiedy wracałem do domu z miasta, było to około południa, wchodziłem z narożnika na główną ulicę która proweadzi do parafii, kiedy to ktoś mnie z tyłu złapał za ubranie i pociągnął mnie do tyłu. W tym momencie usłyszłem strzały z broni palnej. Myślałem że to był kolejny napad, ale okazało się że był to nasz sąsiad. Uspokoiłem się trochę i zapytałem: "dlaczego to zrobiłeś?". Usłyszałem w odpowiedzi abym nie szedł dalej, ale abym natychmiast się schował w jego domu. Będąc już u niego, usłyszałem kolejne strzały, było ich już znacznie więcej. Zaczął mi wtedy tłumaczyć, że dwie bandy młodych ludzi walczą pomiędzy sobą. Jedna z nich była po drugiej stronie kościoła parafialnego, a druga niedaleko miejsca gdzie przechodziłem. I tak sobie po prostu strzelali do siebie, a ja właśnie im wszedłem na linię ognia. Miałem wiele szczęścia, że ktoś to zauważył i mi pomógł. Był to jakby anioł, posłany przez Boga. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy, gdzie zacząłem pracować. W miejscu gdzie mi się to przydarzyło, stoi kapliczka Matki Boskiej, która należy do parafii. Zawsze, kiedy tam przechodziłem, dziękowałem za pomoc. Policja oczywiście nie przyjechała, było bardzo trudno aby ich tam wtedy ściągnąć. Tym bardziej że drogi, to było jedne wielkie błoto. Samochody miały wiele trudności aby tymi drogami jeździć. Od tego też momentu zacząłem wszystkie drzwi sprawdzać czy są dobrze zamknięte. Dla tych którzy nigdy nie byli w Ekwadorze, trzeba wspomnieć, że okna mają kraty i drzwi raczej powinny być metalowe, a to ze względu bezpieczeństwa. Najpierw czułem się jak w więzieniu, ale z czasem zacząłem się przyzwyczajać. O samej parafii będę jeszcze nieraz pisał, będę także nieraz wracał na poprzednią parafię gdzie pracowałem jako wikary, a to w miarę tego jak będę sobie przypominał wszystko to, co warte opisać. Tej samej jeszcze nocy, słyszałem wiele strzałów które były oddawane tuż obok naszego domu. Na szczęście mieliśmy murowany, cementowy dom. Ale co z tymi ludźmi którzy mieszkali obok nas, w bambusowych domkach, z drewnianymi drzwiami i bez okien??? Nie chciałem nawet o tym myśleć.

Komentuj (0)




WIEZIENIE

20.08.2010 :: 15:35

Będąc już trochę oswojony z rzeczywistością Guasma, zostałem zaproszony przez znajomych mego proboszcza, abym pomógł Fundacji "Consuelo" która pomagała więźniom odwiedzając ich w położonym na peryferiach miasta więzieniu. Niestety, więzienie to było położone z drugiej strony, ponad trzy milionowego Guayaquil, co wiązało się dla mnie z półtoragodzinną jazdą autobusem miejskim tam, no i oczywiście to samo spowrotem. Długo myślałem nad tym, tym bardziej odwiedziny były tylko w niedzielę a dla mnie niedziela była wtedy dniem najbardziej zajętym. Ale w końcu zdecydowałem się na pomoc tej fundacji. Najpierw zaproszono mnie na spotkanie tej Fundacji, gdzie omawiano przy kawce wszystkie szczegóły wizyty w więzieniu. Oczywiście, dla mnie przypadła rola księdza (bo nim jestem) więc pozostało mi odprawienie mszy św. no i kazanie (chyba to było największym problemem i wyzwaniem dla mnie). Bo jak tu mówić więźniom, było to dla mnie pierwsze spotkanie z takimi ludźmi. A jak się później okazało, moje wyobrażenia na temat więzienia które przywiozłem z Polski, wzięły, jak to się mówi, "w łeb". Przjechaliśmy samochodem pod więzienie, przywożąc ze sobą jedzenie i jakieś ubrania dla więźniów. Kiedy podjeżdżaliśmy, zobaczyłem bardzo dłuuuuuuugą kolejkę przed wejściem. Oczywiście moja reakcja była taka, że stwierdziłem że chyba mi braknie czasu aby wejść do środka, niestaty nie mogłem zaniedbać moich obowiązków w parafi. Ale natychmiast zostałem uspokojony, i jak się później okazało nie musiałem się tym martwić, weszliśmy "poza kolejką". W kolejce tej, zauważyłem obecność samych kobiet. Zaintrygowało mnie to bardzo i zapytałem o ten szczegół moich znajomych, ale ci mi powiedzieli że mi powiedzą wszystko po wyjściu z więzienia, bo teraz nie mamy na to czasu. Przed wejściem, przy bramie, czetrech strażników "przeczesało" nam zawartość naszych toreb, chociaż wiedzieli kim jesteśmy i po co żeśmy tam przyszli. Po sprawdzeniu przybito nam na lewą rękę stempel, jak się później zorientowałem, aby odróżnić nas od więźniów. I było to dobre, bardzo dobre rozwiązanie, wręcz epokowe. Bo łatwo było się "zmieszać" z tłumem, jak się później okazało, a nie było tam zbyt gościnnie. Ale o tym jeszcze będę pisał w późniejszych postach. Byłem zszokowany moim pierwszym "wejściem" do jaskini lwa. Dosłownie rzucił się na nas "tłum" więźniów, którzy wolno chodzili sobie po korytarzach i na podwórku, o czym raczej w polskich więzieniach nigdy nie słyszałem, i zaczęli błagać o "lukę" ( było to 1.000 sucres w pieniądzach ekwadorskich, jakieś wtedy 0,10 centów USD, dokładnie nie pamiętam). Moi znajomi z fundacji ostrzegli mnie wcześniej, abym nikomu, pod żadnym pretekstem, nie dawał niczego, tym bardziej pieniędzy. Na szczęście były tam dwa piętra, no i fundacja Consuelo, miała podpisaną umowę na pomoc więźniom z tego "wyższego piętra". Jak się wkrótce dowiedziałem, drugi piętro było dla tych co chcieli w jakiś sposób zmienić swoje życie, podpisując deklarację zmiany. Tam u góry, wszystko było "normalne". Bez rzucających się tłumów błagających o parę monet, bez twarzy wykrzywionych o oczach źle patrzących itd. Każdy więzień miał swoją celę, albo mieszkali w dwójkę, po korytarzach nikt nie biegał, tylko dzieciaki z matkami czyli żony odwiedzające swoich mężów. Większość tych ludzi "na górze" odbywała swój wyrok za narkotyki. Były tam telewizory w pokojach, kuchenki elektryczne do gotowania i wiele innych przydatnych rzeczy. Natomiast na dole, więźniowie mieszkali w pokojach 4 metry na 4, albo 3 metry na 3, i po 15 osób ana jedną celę. Spali na podłodze, bez łóżek a jako pościel mieli bardzo często starą gazetę którą ktoś im tam kiedyś doniósł. Bardzo często dochodziło tam do gwałtów na swoich współlokatorach. Ale były jeszcze gorsze rzeczy i gorsze warunki "mieszkaniowe" w więzieniu. Można było porównać te dwa piętra jako piekło i niebo. Na korytarzu na górze, przygotowano stół do odprawienia mszy św. no i poszło bez probłlemów, odrawiłem. Po tej mszy, rozdaliśmy co przywieźliśmy dla więźniów, porozmawialiśmy z nimi no i Fundacja Consuelo zrobiła dla nich kurs resocializacyjny, coś w rodzaju motywacji do zmiany życia itd. Pożegnaliśmy się do "następnego razu". Po wyjściu z więzienia odpowiedziano mi na pytanie, skąd ta dłuuuuuga kolejka kobiet. Otóż, obok więzienia dla mężczyzn, do dzisiaj, znajduje się więzienie dla kobiet. Kobiety te, w niedzielę, mogą odwiedzać (pod dozorem) więzienie dla mężczyzn (chyba wiadomo dla jakich celów, no pomagam trochę: aby bliżej się zaprzyjaźnić). Miały na "to" kilka dobrych godzin. Nieraz powstawały "związki" na bazie dzieci nowonarodzonych. Miałem, później jeden taki przypadek polki która w ten sposób mogła się znaleźć od czasu do czasu, w "innym" środowisku. Ale o tym będę pisał w późniejszym terminie. Było to dla mnie niezapomniane wrażenie. Byłem w stanie szoku zmieszanego ze zdziwieniem i niedowierzaniem, a także ze strachem i myślami które nie dawały mi przez kilka dobrych dni spokoju. Tym bardziej, że pieczątka wiezienna na ręku, przypominała mi wciąż o moich przeżyciach i o tym że znowu tam za miesiąc będę musiał wrócić.

Komentuj (1)




CULEBRA ZNACZY WAZ...

14.08.2010 :: 22:27

Musiałem bardzo uważać kiedy chodziłem po parafi. Codziennie na nas czekało wiele niespodzianek. Jedną z wielu, był człowiek któremu nadano przezwisko "culebra", co znaczy wąż. Nie było t przyjemne spotkanie. Człowiek ten kilka lat spędził w wiezieniu za zabójstwa. Niestety, prawo w Ekwadorze, szczególnie w tym czasie, było bardzo skorumpowane, dlatego też bardzo szybko wychodził on na wolność. No a w Guasmo był u siebie, jak w dżungli. Chodził on sobie po ulicach (nie wiem czy to tak można było nazwać, bo była to w sumie glina zmieszana z błotem)wolny jak ptak, w ręku albo trzymał wielki nóż, albo maczetę, albo też po prostu broń palną (różnego rodzaju i kalibru). Był on nie tylko postrachem wszystkich mieszkańców tej dzielnicy, ale też postrachem dla samych złodziei. Po prostu wszyscy się go bali. Kiedy ktoś spotykał go na swojej drodze, lepiej było nie uciekać i dać mu to o co prosił. Był bardzo przekonywujący szczególnie jak trzymał broń w ręku. Miałem okazję spotkać go na swojej drodze, chyba z siedem razy. Zawsze to spotkanie dla mnie było inne. Wiedział dokładnie kim jestem, więc w porównaniu z innymi,traktował mnie łagodniej. Można powiedzieć że przy spotkaniu ze mną, był "prwadziwym dżentelmenem", nie zabierał mi wszystkiego. Praktycznie przez pół roku, chodził on sobie "bezkarnie" po całym Guasmo. Trzeba mi było zawsze być ostrożnym i rozglądać się wokoło, aby przypadkowo nie wejść mu w drogę. Wszystko nabrało innego zabarwienia, kiedy dowiedziałem się, że właśnie "culebra" wykorzystał seksualnie małą dziewczynkę. Padł blady strach na rodziny w naszej dzielnicy, ludzie w końcu zaczęli dostrzegać problem. Do tej pory, to nie był ich problem (chyba się bali robić cokolwiek), ale można było zuważyć, że od tego zdarzenia rodzice odprowadzali swoje dzieci aż do szkół. W końcu, po jakimś zebraniu zdecydowano się iść na policję aby coś w końcu zrobili. Policja, od tego czasu pojawiała się częściej w tym sektorze miasta. Nawet odwiedzili dom "culebry", ale ten oczywiście zniknął, nikt "nie wiedział" gdzie on się podziewał. Zresztą, lepiej było nic nie wiedzieć, aby nie mieć problemów. Ten problem "nic nie wiedzenia" albo "niewinności" pozostaje widoczny do dnia dzisiejszego, w całym Ekwadorze. Ale w końcu, nic nie można ukryć na zawsze. Ktoś "wsypał" culebrę i wtedy się zaczęło. Policja otoczyła dom w którym się ukrywał culebra, było ich około 20 (policjantów), no i siłą wyważywszy drzwi wtargnęli do środka. Culebra, już jakoby był przygotowany na ich wizytę. Wskoczył na dach domu i zaczął, jak wariat strzelać do wszystkiego dookoła. Akurat wtedy wracałem do domu. No i jak wszyscy, trochę zaintrygowany i ciekawy co będzie, przystanąłem aby popatrzeć. Ale jak "culebra" robił swój popis strzelania, wszyscy naraz, zaczęli uciekać i chować się gdzie tylko się dało. No i mnie to też czekało. Oczywiście, policjanci nie pozostali w tyle, nie tylko z oddaniem strzałów ale także z uciekaniem. Nie było innego wyjścia dla policji, jak tylko oddać śmiertelny strzał. I tak też się wkrótce stało. "Culebra" trafiony, spadł z dachu na drogę i jeszcze kilka minut, w konwulsjach zmarł. Nie był to zbyt przyjemny obraz, ale dla wielu z nas którzy to obserwowali, było czymś, z jednej strony naturalnym (w Guasmo bardzo wiele ludzi umierało co dnia w skutek przestępczości) a z drugiej strony i niesamowitym, bo legednadrny "culebra" od tego momentu nie był już postrachem okolicy. Wielu, jeszcze później, kiedy chodziło po ulicach Guasmo, zachowywali ostrożność przed "culebra". Trudno się było przyzwyczaić do "normalności". Chyba brakowało nam "culebra".
Komentuj (0)




Języki/Languages

Czeski(0)
Angielski(0)
Niemiecki(0)

Info

O mnie

Archiwum

2012
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Linki

Rudyszwałd-moja miejscowość
Fundacja San Jose Freinademetz SVD - Fu Shen Fu
Fundacja GAYA
Forum Polonia-Houston